Odkąd pamiętam karmienie piersią było dla mnie synonimem najwyższej formy bliskości. Takie moje „agape”. Możliwość zaspokajania głodu małej, niewinnej istoty – w bezpiecznych objęciach, wypełniona delikatnym dotykiem, ciepłem i miękkością ciała oraz odgłosem bicia serca mamy – to romantyczna wizja karmienia piersią, która długo żyła we mnie jako ta jedyna.
Była niczym gruba kotara w kolorze baby blue, która zaraz po porodzie pierwszego dziecka opadła nieco… aby odsłonić i pokazać mleczną drogę taką, jaka jest naprawdę, z całym spektrum jej blasków i cieni, czasem prostą, z nieopisanymi widokami, a czasem krętą i wyboistą, z nieopisanymi przeszkodami.
Rozdział I – Auć! Czy to musi TAK boleć?!
Czy będąc w pierwszej ciąży, brałam pod uwagę, że karmienie piersią może nie być tak łatwe i przyjemne, jak to sobie założyłam? Brałam, ale chyba nie do końca czułam i rozumiałam to, co może mnie zastać za moją błękitną kotarą.
Życie postanowiło zahartować mnie jako młodą mamę swojego pierwszego dziecka (w wielu wymiarach!). Ale w pierwszych dobach po porodzie i tak wypełniała mnie wdzięczność, że MOGĘ karmić, że mam czym, że moje dziecko – mimo, że dopiero uczy się chwytać pierś i różnie mu to wychodzi – nie poddaje się.
Jednak im więcej było prób, tym mocniej zaciskałam zęby. Bolało. Długo. Nie pomagały rady położnych, lanolina, nakładki, ani laktator. Nadzieję przywróciły mi dopiero specjalne kompresy (próbki dostałam od koleżanki z sali). I czas. Dziś myślę, że on był tutaj kluczowy. Czas i wsparcie najbliższych. Bez tego moja historia laktacyjna byłaby zwyczajnie smutna… i krótka.
Czas i wsparcie najbliższych. Bez tego moja historia laktacyjna byłaby zwyczajnie smutna… i krótka
I choć pierwsze miesiące w domu mijały nam pod znakiem poznawania siebie, szukania tego „dobrego”’ ” dla wszystkich i nie były wcale łatwe (wycisnęły ocean łez, postawiły oko w oko z największą frustracją, bezsilnością, zmęczeniem i karmiły poczuciem winy), a w kolejnych byłam naturalnym smoczkiem dla mojego syna… nie zamieniłabym ich na żadne inne.
One miały takie być. Miały mnie przygotować do bycia mamą chłopca bardzo wrażliwego, który wymaga mnóstwa czasu i uwagi, który kocha być blisko, najbliżej. To właśnie te chwile nauczyły mnie odpuszczać, zatrzymywać się w codziennym biegu i ufać.
Rozdział II – Bieg z przeszkodami

Ten rozdział otworzył trudny, stresujący poród i ogromna samotność podczas pobytu w szpitalu (covid). Jednocześnie w tle działy się sprawy, które zmuszały mnie do zamartwiania się o zdrowie pierwszego – wtedy 2,5-letniego Syna.
Karmienie piersią zeszło na drugi plan. Było mniej bólu, lepsza współpraca, nadal mnóstwo bliskości. Jednak myślami byłam gdzieś indziej. Teraz dzieliłam swoje serce na dwóch Synów. Pierwsze miesiące mogłabym śmiało opatrzyć tytułem ‘rollercoaster emocjonalny’.
Karmienie piersią drugiego dziecka początkowo budziło wielkie i trudne emocje pierwszego, które z racji na swój stan zdrowia potrzebowało mnie tym mocniej.
Poza tym – halo! Po raz pierwszy został wtedy bratem! Ogrom wyzwań jak na 2,5-latka. Dla mnie ten czas był równie wymagający, w biegu i napięciu, co przełożyło się m.in. na ilość pokarmu, jaką mogłam zaoferować młodszemu synowi.
I to był moment przełomowy w mojej głowie. Moment, w którym przyjęłam i zaakceptowałam fakt, że jeśli dokarmiam malucha butelką, wciąż jestem wartościową mamą, która daje z siebie najlepsze, każdego dnia. I to właśnie ten moment odpuszczenia dał mi poczuć swobodę i pewien rodzaj błogości podczas karmienia piersią. To były nasze momenty. Czerpałam z nich o wiele więcej, mając spokojną głowę.
Rozdział III – Sztuka żonglerstwa
Kiedy myślę o trzeciej części mojej drogi mlecznej… uśmiecham się. Zarówno poród, jak i początki karmienia mojej córeczki – pozwoliły odczarować wcześniejsze trudne doświadczenia.
Wiele przychodziło z lekkością, zrozumieniem i spokojem. Ten spokój emanował też z Niej. Kojący czas. Choć wcale nie łatwy!
Nasze początki w domu to taki słodki chaos… i miliony prób jak pogodzić bycie mamą trójki małych dzieci z innymi rolami, jak się podzielić, gdzie jestem właśnie potrzebna najbardziej, a co lub kto może poczekać. A ponieważ niezwykle trudno 1,5-rocznemu dziecku wytłumaczyć, że musi na coś poczekać (dodam, że 4-latek też nie zawsze rozumiał i nie zawsze współpracował!), to moja trzecia historia laktacyjna przypomina trochę sztukę żonglowania: obowiązkami, czynnościami, powinnościami, itd.
Mam nieodparte wrażenie, że wtedy karmiłam piersią wszędzie i w każdej możliwej pozycji (najmniej jednak w siedzącej, a już praktycznie w ogóle w leżącej), robiąc jednocześnie wiele innych rzeczy.
Zdarzało się, że jedną ręką trzymałam córkę przy piersi, drugą bujałam wózek, w którym usypiał mój młodszy synek, a nogą zamykałam lodówkę, której nie domknął mój starszy syn.
Albo karmiąc piersią córkę, wyciągałam resztę ekipy z kąpieli. Wymagające! Ale jak wiele pewności siebie dało mi jako mamie… wiem tylko ja. Ta droga, którą przeszłam upewniła mnie, że jako mama potrafię poradzić sobie w każdej sytuacji.
Każdy z trzech rozdziałów mojej historii laktacyjnej trwał około roku. Za nic nie zmieniłabym biegu tej historii. Tworzą ją trzy najprawdziwsze i ani trochę niekoloryzowane scenariusze, które napisało życie. I jestem dziś za nie wdzięczna niesamowicie. Wspólnie układają się w niepowtarzalną drogę. To droga od niepewnej dziewczyny, która bała się karmić piersią… do świadomej mamy, która nie boi się wyzwań. Wierzę, że te trzy lata stały się dla moich dzieci wspaniałym fundamentem bliskości, a we mnie zapiszą się na zawsze jako najczulsze wspomnienia.


